czwartek, 31 stycznia 2013

przytulańsko :)

Dziś jest Międzynarodowy Dzień Przytulania. Bardzo fajne święto :)
Pamiętam jak przez pierwsze miesiące Martusia nie lubiła przytulania, jak się przed tym broniła...  dopiero z czasem, powoli polubiła. Teraz lubi czasami się przytulać tak bez powodu - uwielbiam takie momenty!!!
Miłego Dnia Przytulania :)


Przypominam, że tylko do dziś można zgłaszać się do mojej rozdawajki :) Szczegóły znajdziecie TU.

wtorek, 29 stycznia 2013

co tu robić?

Choroba - chorobą, ale bawić się trzeba. A najlepiej, aby były to zabawy kreatywne, wymyślone przez mamę, rozwijające jakieś umiejętności. A jeśli do tego można się jeszcze pobrudzić to już ekstra :)
Farbki - to już przerabiałyśmy i z tym czekamy do lata, gdzie pojedziemy do dziadków (jednych czy drugich) i tam na świeżym powietrzu będzie mogła się umorusać do woli!!!

Dzisiejszy pomysł zaczerpnęłam z TEGO BLOGA.
Dziś zrobiłam własnoręcznie ciastolinę :) Przepis banalnie prosty, do tego tani, i najważniejsze bez żadnej chemii, czyli w przypadku ewentualnego skosztowania przez maluszka, nie zaszkodzi. Tylko komu by to smakowało? - bo to przecież słone.
Ja ciastolinę zrobiłam z połowy porcji. To są składniki na połowę porcji:
- 1 szkl. mąki
- 1 szkl. wody
- 0,5 szkl. soli drobnej
- 1 łyżka oleju
- 1 łyżeczka soku z cytryny
Na początek do pierwszych prób lepienia i miętoszenia wystarczające. Dla starszego dziecka, które już umie bawić się ciastoliną, można zrobić całą porcję i pododawać naturalnych barwników  (kurkuma, sok z buraków, kakao).


To był pierwszy kontakt Martusi z takim "ciastem" i na początku trochę się bała dotykać, ale jak się rozkręciła to nawet okno balkonowe mi popaprała. Posadziłam ją na krzesłu w kuchni przy oknie, bo tak pięknie śnieg prószył, takie wielkie płatki śniegu :) I bardzo jej się to podobało.
Jak Tusia tak sobie "lepiła" i bawiła się to ja mogłam spokojnie nastawić zupę. No trochę musiałam tam jej pomagać, zagadywać, ale to nic w porównania kiedy chodzi przyklejona do nogi i marudzi i popłakuje. Wiem, że ją uszka bolą, że cierpi, ale moja psychika też ma swoje granice. Już powoli nerwy mi siadają od tych jęków, stękania, płaczu, wymuszaniu...itp....

Jak już zupka się gotowała, to ulepiłam z Tusią bałwana :) Oczka miał z ziela angielskiego, guziki,nosek i buzię z czarnego ziarnistego pieprzu,  niby miotła z wykałaczki oblepiona ciastoliną, a czapa z wczorajszej naklejki "dzielny pacjent" :)

video


Po zabawie przyszedł czas na pracę :) Musiałyśmy powyciągać pranie i rozwiesić. Tusia ostatnio lubi mi pomagać przy wkładaniu do pralki i wyciąganiu. Potem podaję jej po jednej rzeczy a ona zanosi do pokoju i kładzie na podłogę na kupkę. Gdy po dobrej chwili mamy już wszystko wyciągnięte to idziemy wieszać. Ona mi podaje a ja wieszam pranie. Czasami tak szybko podaje, że nie nadążam z rozwieszaniem :P
Dziś wszystko szło dobrze dopóki miała mi podać jedną z jej bluzek ,taką w dwie żyrafki. Za żadne skarby nie chciała mi jej dać. Koniecznie chciała ją założyć, "strzepywała" ją tak ja robię z innymi rzeczami. Muszę przyznać, że Martusia powoli zaczyna pokazywać co jej się podoba. Do spania w ciągu dnia jak jest w domu ma piżamkę, której po obudzeniu nie chce zdjąć. ile to ja się muszę ją naprosić, aby ją przebrać :) No i teraz doszła jeszcze ta bluzeczka. Na szczęście jeszcze nie pokazuje czego nie ubierze :P
Do tego ma dziś fazę na podciąganie spodenek i pokazywanie kolana hehe . Podciąga nogawkę i mówi "to?" i tak jak katarynka, a ja muszę odpowiadać, że to kolanko.


Teraz muszę wykombinować coś na jutro do zabawy.
Ciastoliny nie wyrzuciłam. Włożyłam do woreczka i jak do jutra nie wyschnie to też będziemy ugniatały coś :)

poniedziałek, 28 stycznia 2013

chora

Noc znowu była ciężka. od północy spałam z Tusią. Znowu gorączka - 38,7 - tym razem podałam panadol. Jakoś do rana przetrwałyśmy.
Rano zadzwoniłam do przychodni u miałyśmy wizytę na 14.20 tylko niestety do tego pechowego lekarza, u którego są takie opóźnienia. Niestety mogłam iść tylko do niego. A skoro Tusia cały czas gorączkuje, prawie non stop płacze i jest jak rzep przy mojej nodze to poszłam do niego.
Dzisiejsze opóźnienie przeszło moje najśmielsze oczekiwania, bo wyniosło prawie 2 godziny!!! A mama musiała obudzić, aby iść do lekarza. Do tego marudna, płaczliwa i głodna :( Bo poszłyśmy bez obiadku, bo myślałam, że pójdziemy do lekarza i szybko wrócimy na obiadek. A tu taki zonk.
Nie zwariowałam chyba tylko dzięki temu, że spotkałam w przychodni aż 3 koleżanki, które też były ze swoimi pociechami, i mogłam sobie pogadać :) A w aptece spotkałam 4 znajomą :) Nie ma to jak pogaduchy u lekarza :P
Wracając do meritum.
Jak już udało nam się dostać do gabinetu i lekarz obsłuchał i powiedział, że czysto to mi ulżyło. Potem profilaktycznie zbadał uszka i co - o zgrozo!!! ZAPALENIE obydwu uszek :( Lewe bardzo mocno, a prawe delikatnie. I niestety nie obyło się bez antybiotyku. To jest 2 w życiu antybiotyk. Pierwszy miała zaraz po urodzeniu.

Poza tym katar, kaszel, katar, kaszel.... i gorączka....

W czwartek lub piątek mamy przyjść na kontrolę i mam nadzieję, że już będzie lepiej :)
 


sobota, 26 stycznia 2013

było lepiej... znów jest gorzej ;(

Oczywiście mam na myśli zdrówko Martusi. Jeszcze wczoraj było ok, tylko malutki katarek i kaszelek. A dziś w nocy już słyszałam, że często popłakiwała - bo nosek zapchany i ciężko się oddycha. O dziwo rano obudziła się w dobrym humorze, bo słyszałam ja "rozmawiała" ze swoim króliczkiem i lalą i dopiero gdzieś po 30 minutach od obudzenia zaczęła wołać mama. To zwlekłam się z wyra niewyspana (8.30). A po co mi było oglądać do późna film - masz babo!
180ml kaszki wypiła bardzo chętnie. Potem weekendowym zwyczajem (kiedy tata jest w domu a nie na uczelni), biegusiem do łózka rodziców i wspólne oglądanie bajeczek z tatusiem. Mama w tym czasie się myje, ubiera, maluje (jak to mówi M. - poprawia Pana Boga!!!) i szykuje śniadanko.
Uwielbiam takie wspólne posiłki, gdzie nie trzeba się spieszyć, wszyscy razem siedzimy, jemy, pijemy kawkę (tylko rodzice, bo Tusia ma wodę z miodkiem)...
Ale jak czas mijał mała robiła się coraz bardziej marudna, nie wiedziała co chce już robić, w co się bawić... i o 11.30 kładłam ją już na drzemkę.
Obudziłam ją po 2 godzinach i wyglądała dobrze. Humorek też nawet dopisywał, więc postanowiliśmy pojechać do dziadków do Pszczółek i tam ją zostawić, a sami czmychnąć do Gdańska - Mirek musiał podjechać na chwilę do pracy. A potem chcieliśmy wykorzystać i pochodzić po sklepach. Kasy nie ma, ale patrzenie nic nie kosztuje :)  No i trochę relaksu bez dziecka nie zaszkodzi :)
Niestety, ten nasz wyjazd do dziadków chyba nie pomógł Tusi, bo znowu coś ją rozkłada. Gorączki dużej jeszcze nie ma, ale baaardzo marudna, jakaś osowiała i nieswoja.
 No i nie ma apetytu!!! A w jej przypadku oznacza to w 100% chorobę, bo przecież Tusia to istny żarłoczek jest na co dzień i trzeba chować przed nią jedzenie :)
Teraz już śpi. Kaszkę na noc na szczęście wypiła chętnie - mniej jedzenia w ciągu dnia zrobiło swoje. Byłam ją przykryć i niestety słyszę jak ciężko jej się oddycha - przez buzię :( bo nosek zapchany...
No i mam do siebie pretensje, że z nią pojechaliśmy... bo mogłam przewidzieć, że to może jej zaszkodzić... oj ja głupia matka!!! Jestem po prostu zła na siebie. Ale nie o to, że byliśmy u dziadków, bo przecież jej się bardzo podobało, bo dziadkowie umilali jej czas jak tylko mogli. Jestem zła, że wygrała chęć spędzenia popołudnia na łażeniu po sklepach...
Już tego nie odkręcę. Teraz tylko muszę pomóc Tusi jak najszybciej wyzdrowieć, choć pewnie bez wizyty u lekarza się nie obędzie.

czwartek, 24 stycznia 2013

bal karnawałowy 2013

Dziś w żłobku odbył się bal karnawałowy :)
Na szczęście po Tusi gorączce nie ma śladu, postanowiłam, że ją dziś zaprowadzę do żłobka na bal.
Byłyśmy o 10 a tam zabawa trwała już w najlepsze, a nawet prawie dobiegała już końca, bo o 11 miała być zupka i potem drzemka. Niestety Marta nie załapała się na zdjęcie grupowe, które było zrobione zanim Tusia przyszła. Poza tym podobno bawiła się przednio, były tańce i tańce i różne zabawy. No i balony i serpentyny i inne wystroje i stroje karnawałowe :)

A tak to wyglądało (twarze innych dzieci zamazałam, bo nie chciałabym zostać posądzona o wykorzystywanie bez zgody rodziców):

A tak wygląda zdjęcie grupowe, na którym nie ma niestety Tusi:

środa, 23 stycznia 2013

nowe zabawy Martusi :)

Marta jak każde dziecko ma fazy na jakieś zabawki lub zabawy.
Teraz na fali jest u nas:
1) tablica znikopis (dostałą na początku grudnia i ciągle uwielbia "rysować" i kazać każdemu też to robić :P)
2) ubieranie kapci taty, a czasami mamy  i próby chodzenia w nich :P

3) "wychodzi" na spacer ze swoim pieskiem :)

4) pierwsze próby malowania farbkami - Marcie się podobało. Mniej mamie, bo upilnowanie, aby
   nie jadła farbek było męczące. Stwierdziłam, że jednak jest za wcześnie na to. Poczekam z tym do    lata, bo będzie mogła malować na dworze :)

4) zabawa w namiot (2 krzesła i koce) i to jest fun!!! Wczoraj mimo choroby biegała tak ponad pół godziny. Ile miała radości :)



Jest jeszcze wiele innych zabaw, ale w tej chwili nie przychodzą mi do głowy.

Poza tym po gorączce nie ma śladu. Już na następny dzień brykała i wygłupiała się :)  Ma lekki mokry kaszel i katarek. Może dobrze, że się wtedy tak w nocy wypociła? Ciekawe.
Jutro daję ją do żłobka bo mają bal karnawałowy :) Nie mam  specjalnego stroju, szkoda mi było kasy na raz. Ubiorę jej taką fajną falbianiastą spódniczkę (dokładnie jak ta TU), różowa bluzeczka, a w żłobku mają dla niej skrzydełka :) Na główkę nic nie założę, bo nie lubi.  Myślę, że będzie wyglądała uroczo.


wtorek, 22 stycznia 2013

no i dopadło...

A kogo?- a Tusię.
A co? - a katar, kaszel i wysoka gorączka w nocy :( To ostatnie nie pozwoliło nam spać w nocy. No moja dziewczynka troszkę pospała przytulając się do mnie. Poszłam spać do nie do pokoju, bo M. wstaje o 4.50 do pracy więc nie sobie chłop pośpi.
Najgorzej, że nie mogłam zmierzyć jej temperatury naszym bezdotykowym termometrem. Nie no mierzyłam kilkadziesiąt razy, ale pokazywał nie więcej niż 37,4, a ja wiedziałam, że ma grubo ponad 38, bo była gorąca jak piec! W końcu wzięłam elektroniczny pod paszkę - łatwo nie było, bo nie chciała sobie tak zmierzyć, ale na szczęście ten termometr mierzy temperaturę w niecałą minutkę, więc przytrzymałam siłą i pokazało się, że miała 38,5.
Nie zbijałam jej gorączki żadnymi czopkami i syropkami, bo jak nie przekracza 39 stopni, to nie trzeba. Dzięki gorączce organizm walczy z chorobą. Jedynie co robiłam to przebierałam ją w suche pajace, robiłam chłodne okłady na kark i wątrobę oraz dawałam dużo pić. Dzięki Bogu Martusia nie odmawiała picia i chętnie piła.

Dziś rano była już tylko lekko ciepła. Niestety katarek i kaszel mokry jest :(Na razie daję jest to co mam w domu. Jak nie minie w ciągu 2-3 dni lub się pogorszy czeka nas niestety wizyta u lekarz.
Rano z chęcią kaszkę wypiła, potem śniadanko też zjadła i się bawiłyśmy.
Jak ją kładłam o 12stej na drzemkę to nic nie protestowała. Wypiła mleczko i szybko zasnęła - musi odespać to co w nocy nie spała...

Co do termometru to jakaś masakra. Muszę chyba kupić jakiś porządny i żeby dobrze mierzył temperaturę i szybko. W przychodni lekarz ma taki bezdotykowy i dobrze mierzy - będę musiała zapytać się o model i firmę.
Taki pod pachę to jeszcze nie ta pora. Źle się mierzy trzymając dziecko na siłę :(

A może Wy macie jakieś sprawdzone i dobrze działające termometry? Nie ukrywam, że cena też gra rolę, bo nie chcę wydać fortuny na termometr. Oby cena była w miarę przystępna.
Zaraz sama zacznę buszować i szukać czegoś sensownego.
Jednak najpierw idę zrobić obiadek, bo Tusi nie jest w żłobku, więc musi być gotowy szybciej niż zwykle :) Dziś szef kuchni poleca biały gulasz z kaszą kuskus :)

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Babciu, Dziadziu

Kochani Dziadkowie :)

Mimo iż Martusia jeszcze nie potrafi powiedzieć sama, że Was bardzo mocno kocha, to wiedzcie, że tak jest.  Wyraża to w gestach, spojrzeniu. Jesteście dla niej naprawdę ważni i proszę, abyście dbali o siebie i swoje zdrowie, aby Marta mogła Wam sama mówić KOCHAM WAS co roku... przez długie lata!!!

Duże buziaki dla każdego z Was: 
Babciu Basiu
Babciu Marysiu
Dziadziu Romku
Dziadziu Stasiu

Oczywiście też ogromne całusy dla dwóch prababć:
Prababciu Elu
Prababciu Danusiu


sobota, 19 stycznia 2013

my

Uwielbiam pstrykać zdjęcia Tusi. Każda chwila jest wyjątkowa i niepowtarzalna.
Kiedyś zdjęcia robiło się na jakieś szczególne okazje lub pstryknęło się jedno czy dwa, bo klisza była doga, wywołanie też...A teraz można pstrykać ile się chce. Oczywiście nic nie zastąpi zdjęć papierowych, w albumie, opisanych i posegregowanych.... tak najbardziej jednak lubię oglądać zdjęcia :) Niestety mam trochę zaległości w wywołaniu hmmm ostatnio mam z roczku Tusi? chyba tak. Znowu muszę przysiąść powybierać i wywołać. Najgorsze jest jednak wybieranie z tak wielu ujęć... Jak wybieram to staram się zdecydować na max. 10 zdjęć na miesiąc, ale czasami to ciężki wybór.

A to nasze styczniowe: rodzinne, z uśmiechem, z miłością, z zabawą, z jedzeniem....


czwartek, 17 stycznia 2013

kolejna nowa umiejętność :/

Tym razem nie ma się czym chwalić, bo to czego się nauczyła Martusia nie jest godne pochwały ani naśladowania.
Otóż Tusia nauczyła się dłubać w nosku :(
Od kilku dni zdarza się, że przyłapię ją jak wkłada paluszek do noska i wyciąga paluszek. Raz nawet udało się się "kozę" wyciągnąć ...
Teraz tylko zastanawiam się czy jej zwracać uwagę, a jej reakcja to śmiech :/
Czy lepiej lekceważyć...
Na razie zaczęłam sobie czytać o dłubaniu w nosach przez dzieci i co do tej pory wyczytałam to, że dzieci dłubią z kilku powodów: nuda, stres, ma pop prostu zapchany nosek, podpatrzyło inne dzieci/dorosłych. I tak sobie myślę, że u Tusi to niestety przez podpatrzenie.........tatusia!!! Niestety tatusiowy dosyć często zdarza się to robić (na nic moje upomnienia, prośby i groźby) a córeczka widzi i naśladuje!!!!
I co ja mam z takim dużym dzieckiem zrobić - jak mu przemówić do rozumu, żeby tego nie robił, a jak już tak koniecznie musi (tak, tak!! twierdzi, że musi), to niech idzie do łazienki, ale nie przy dziecku.
Dziś również pytałam się w żłobku, czy inne dzieci też dłubią w nockach i jak się okazuje, że tak.
Więc pewnie ta nowa umiejętność to również zasługa kolegów czy koleżanek Martusi.

W tych mądrych artykułach piszą, że z tego się wyrasta, ale jak patrzę na M. to jakoś chyba nie do końca jest to prawda :)

Na razie obserwuję, czy częstotliwość dłubania się zmieni, czy może sama jakoś z tego zrezygnuje. Oczywiście wolałabym to drugie :):)

wtorek, 15 stycznia 2013

Mam już półtora roczku!

Moja mała kruszynka dziś o 17.05 skończyła półtora roku :)
Przecież dopiero co ją urodziłam.... a teraz biega, szaleje, broi, ale też przytuli, da buziaka :)
 
15.07.2011r; 56cm i 3350gram szczęścia :)
15.01.2013r; 81cm i 11,5 kg szczęścia :)


Gdy przyszłaś na ten świat
moje życie całkiem rozjaśniało...
Jesteś moim światełkiem-
tak przecież być musiało!
Dziękuję Ci że jesteś,
że śmiejesz się i płaczesz,
że czasem tak na mnie patrzysz...
tak jakoś pięknie, inaczej.
Dziękuję Ci, że czasem
jestem przy Tobie zmęczona.
Dziękuję,dziękuję,dziękuję,
że mogę Cię trzymać w ramionach!

niedziela, 13 stycznia 2013

niedzielnie...

Wczoraj byliśmy u dziadków w Pszczółkach, gdzie spędziliśmy miłe popołudnie, a dziś po obiadku pojechaliśmy do drugich dziadków.
Najpierw po śniadanku wybraliśmy się we trójkę do sklepu po małe zakupy. Tusia jechała sankami, bo w końcu trzeba wykorzystać, że mamy zimę :) I dzięki temu na drzemkę poszła bez najmniejszego problemu :)

Po drzemce było najpierw przytulanie się do kotka i o dziwo jakoś nie uciekał i nie protestował, że malutka tak blisko. Muszę przyznać, że Marta robi się coraz delikatniejsza w "głaskaniu" kotka.






A u dziadków wielka fascynacja kuchenką do gotowania: gotowała dla taty kisiel i herbatkę :P, woziła w wózku myszkę, a potem sama chciała aby ją wozić, no i z babcią bawiła się w akuku.



 








 I po tylu zabawach, bieganiach, wygłupach powinna być padnięta. O 20stej położyłam ją spać a jest prawie 22ga a Ona jeszcze nie śpi. Leży w łóżeczku (albo i nie, bo jest sama w swoim pokoju) i gada z króliczkiem , krówką ...Nie płacze... Ona jest tak nauczona. Mamy swój wieczorny rytuał.
Przebieram ją w piżamkę, idziemy do kuchni zrobić kaszkę, jak ja już mieszam butlę to Ona idzie to tatusia dać buziaczka, robi papa rączka i prawie biegnie do pokoju i próbuje wejść do łóżeczka. Ja podchodzę, trzymam butlę w zębach, wkładam ją do łóżeczka i prawie, że wyrywa mi butelkę :) Ja ją przykrywam, całuję w czółko, mówię, że bardzo kocham i życzę kolorowych snów i że się zobaczymy rano :) i wychodzę... I generalnie zasypia dość szybko... tylko czasami zdarzają się dni, że to dość długo trwa, lub gdy jest chora, czy ząbkuje, czy coś jej dolega... a tak to wypija kaszkę i zasypia. Po koło 30 minutach wchodzę do pokoju, zabieram butelkę, którą odkłada na kołderkę i przykrywam jeśli się odkryła i to koniec. Wchodzę znowu do pokoju rano z kaszą :)

Tak to u nas jest :) I uważam, że nawet mamy dobrze z całym procesem zasypiania, bo nie muszę jej nosić, kołysać.
Wieczór mamy wolny, można wypić herbatkę, pooglądać seriale i iść spać :)